Tym razem parę słów o Kolosach – czyli Ogólnopolskich Spotkaniach Podróżników, Żeglarzy i Alpinistów, które od 7 do 9 marca 2014 roku odbywały się w Gdyni. W tym roku starałam się wycisnąć z Kolosów, ile tylko się da! W hali Gdynia Arena spędziłam zdecydowanie większą część tego weekendu, łapczywie chłonąc podróżnicze wspomnienia prelegentów.

Co roku w marcu przed gdyńską Areną wyrastają charakterystyczne, indiańskie tipi...

Co roku w marcu przed gdyńską Areną wyrastają charakterystyczne, indiańskie tipi…

U mnie wyglądało to tak: jesteś na miejscu przed czasem, żeby znaleźć jakieś dobre miejsce. Masz ze sobą wielką torbę, a w niej notatnik i jedzenie na cały dzień. Przychodzisz sama, bo z reguły nikt z Twoich znajomych nie jest aż takim desperatem, który w tej dacie rzuca wszystko i ustawia swoje obowiązki pod Kolosy… ;) Siadasz i z ekscytacją czekasz na rozpoczęcie, zastanawiając się, jakie fascynujące historie będzie Ci dane dzisiaj poznać, zaglądając jednocześnie do papierowego programu imprezy. Punktualnie o 10:15 następuje oficjalne otwarcie OSPŻiA! Pierwsza prelekcja, za chwilę druga, trzecia i tak do wieczora… Czas płynie jakby szybciej i mimo tego, że od siedzenia na twardym krześle boli Cię już tyłek, słuchasz wszystkiego niemalże z zapartym tchem. Poza tym, po ciemku, przy przygaszonym świetle, robisz notatki, zapisujesz warte uwagi cytaty, ciekawe szczegóły z opowiadań podróżników. A było tego naprawdę wiele…

Oczywiście dokładne i wyczerpujące opisywanie tutaj wszystkich prezentacji nie miało by sensu. Każda opowieść o przebytej drodze – obojętnie, czy pieszo, katamaranem, psim zaprzęgiem czy tandemem; czy też samotnie, z dwójką małych dzieci albo z psem; czy to przez Liberię, czy Syberię – wywoływała u mnie niesamowite uczucie… Czułam się trochę tak, jakbym sama uczestniczyła w tych wyprawach. Trudno jest to opisać, bo po prostu najlepiej jest być tam i słuchać na żywo, oglądając zdjęcia i filmy wyświetlane na ogromnym ekranie. Fenomen tego wydarzenia to wspaniała atmosfera. Wypełniona słuchaczami po brzegi gdyńska Arena przeżywa to wszystko niczym jeden organizm – nagle wybucha gromkim śmiechem, albo rozbrzmiewa oklaskami, ponieważ żartów, zabawnych historii ani poruszających momentów nie brakuje. Przychodzą wszyscy: rodzice z niemowlętami na rękach, nastolatki i osoby starsze (w zeszłym roku pewna sędziwa kobieta siedząca obok mnie opowiadała w czasie prelekcji własne historie i częstowała mnie miętówkami – ostatecznie wybaczyłam jej to gadulstwo;)). Jestem jednak zmuszona wspomnieć o jednym, ogromnym minusie Kolosów – czyli o gigantycznej kolejce do wejścia w godzinach popołudniowych. Historia się powtarza od kilku lat. Cieszy fakt, że ludzi ciekawych świata jest coraz więcej i w związku z tym z roku na rok wzrasta zainteresowanie OSPŻiA, jednak dobrym rozwiązaniem byłoby chyba zorganizowanie kolejnej imprezy w miejscu, które pomieściłoby większą ilość osób…

Tak to wygląda - wypełniona publicznością po brzegi hala obiektu Gdynia Arena.

Tak to wygląda – wypełniona publicznością po brzegi hala obiektu Gdynia Arena.

Chciałabym wspomnieć o tych prezentacjach, które najbardziej zapadły mi w pamięć – a i tak stanowią one jedynie cząstkę tych najbardziej poruszających. Była to między innymi historia Damiana Wolfa Wagabundy – młodego chłopaka, który zostawił wszystko w tyle, zabierając ze sobą tylko kilka ubrań, namiot i kamerę, aby w ciągu 181 dni samotnie przemierzyć Amerykę Południową. Nakręcił świetny film, w którym pokazał nie tylko piękne widoki (tutaj możecie zobaczyć trailer filmu „181”). W podróży poznawał miejscowych, ale też Marię z Francji, która, podobnie jak on, podróżowała samotnie autostopem (jestem pełna podziwu dla takich dziewczyn za ich odwagę!). Damian stwierdził, że „my sami tworzymy swój świat. Ludzie chodzą ścieżkami bezpiecznymi (…) A co, jeśli nie byłoby pieniędzy? Czy robilibyście to, co robicie? (…) Czy człowiek potrafi zwolnić i nacieszyć się tym, co naprawdę ważne? Uśmiechnąć się?”, natomiast swoją wyprawę traktuje jako rodzaj pielgrzymki, zbliżenia do Boga. Słowa Damiana podsumowujące tę wyprawę były dla mnie kolejnym elementem przyprawiającym o gęsią skórę: „Warto wyjeżdżać, chociażby po to, by potem wrócić. (…) Co mi dała ta wyprawa? Chodziło o wędrówkę, bycie w drodze. O poszukiwanie, ale niekoniecznie znalezienie. (…) Każdy z nas ma swoją drogę. Musi coś robić, by ocalić swoją duszę”. Osobiście uważam, że to właśnie jest doskonale ujęta kwintesencja podróżowania…

Kolejna ciekawa postać, znana już z poprzednich edycji Kolosów, to Przemek Skokowski, prowadzący bloga Autostopem przez życie. Jak zawsze z humorem, opowiedział o swojej kolejnej wyprawie – tym razem w ramach projektu „Postcards from Europe”. Akcja polegała na tym, że mieszkańcy Europy przesyłali Przemkowi krótkie wiadomości dla dzieci z całego świata, napisane na pocztówkach, które następnie (w liczbie aż 790!) chłopak zabrał ze sobą w podróż (startując zresztą przy dobrze znanej mi ulicy Słowackiego w Gdańsku, trzymając w ręku kartonową tabliczkę z wielkim napisem „INDIE”), odwiedzając sierocińce m.in. w Rosji, Kazachstanie, Kirgistanie, Chinach, Laosie, Tajlandii i Birmie. Tam nawiązywał kontakty z dziećmi, przekazując im widokówki i pomagając w odpisywaniu na wiadomości… „Czy podróże się opłacają? Nie. To jest czarna dziura, jeśli chodzi o finanse. Czy warto? Tak. Bo trzeba realizować marzenia” – takimi słowami Przemek zakończył swoją prezentację i jest to kolejny cytat, który zdecydowanie daje do myślenia.

Ja uważam, że podróże to dobra inwestycja, dzięki której stajemy się bogatsi o nowe doświadczenia i niezwykle cenne wspomnienia…

Znów się rozpisałam. Jest jednak jeszcze jedna wyprawa, o której chciałam wspomnieć – to trwająca 9 lat podróż dookoła świata katamaranem żaglowym o nazwie „Wyspa szczęśliwych dzieci”, w wykonaniu Kazimierza, Nel i Noego Ludwińskich. Historia, która porusza jak żadna inna. Nic dziwnego, że rodzina Ludwińskich zdobyła nagrodę w postaci Kolosa w kategorii „Podróże” – dla mnie była to jedna z najlepszych prelekcji! Natomiast gdy starałam się zrelacjonować ją mojej mamie, ze wzruszenia w moich oczach pojawiły się łzy… Pan Kazimierz dał swoim dzieciom piękne dzieciństwo, pokazując im najodleglejsze zakątki świata (na początku podróży Nel miała 6 lat, natomiast Noe – tylko 7 miesięcy!), zaznajamiając z obcymi kulturami, umożliwiając nawiązywanie kontaktów z rówieśnikami, zamieszkującymi malutkie, rozsiane po oceanach wysepki. Dzieciaki pobierały naukę korespondencyjnie, a także nauczyły się samodyscypliny, która, jak stwierdził ich ojciec – „została narzucona przez naturalne otoczenie”. Pan Kazimierz nazywał swój katamaran „domem” – powiedział, że tam nigdy, nawet na otwartym morzu, nie usłyszał od swoich dzieci słów „nudzę się”… Przepłynięcie katamaranem 45 tysięcy mil morskich to jedno, zaś drugie – rola, jaką w tej podróży pełnił Kazimierz Ludwiński – zasługuje na szczególne wyróżnienie. Bo to właśnie on był dla Nel i Noego zarówno ojcem, jak i matką, nauczycielem, kucharzem i doświadczonym żeglarzem prowadzącym ich przez świat. Na samym początku tej pięknej historii można było usłyszeć takie słowa: „Chcieliśmy pokazać Wam, że cel podróży nie musi być najważniejszy. Dla nas podróżowanie jachtem jest stylem życia”. Natomiast na końcu Pan Kazimierz zastanawiał się, czy jego pociechy kiedyś powrócą na oceany i pokażą to swoim dzieciom? On sam zakończył ten rejs, aby dać Nel i Noemu nowe perspektywy, edukację, hobby… Jednak wierzy, że powrócą jeszcze na oceany. SZACUNEK!!!

Dużo można by jeszcze opowiadać o podróżnikach i ich wyczynach, nie wspominając już o alpinistach, żeglarzach i grotołazach (sama nigdy bym się nie odważyła na wspinaczkę górską czy eksplorację jaskiń). Myślę, że stanowią wspaniały wzór do naśladowania. Każdy powinien robić w życiu to, co kocha i realizować swoje marzenia. Życzę tego sobie i Wam! Bądźmy ciekawi świata i otwarci wobec ras i kultur odmiennych od naszych…

 

P.S. Podczas OSPŻiA zdobyłam książkę Piotra Tomzy pt. „Pokolenie Kolosów” wraz z podpisem i dedykacją od autora. :) Jak tylko skończę czytać „Wilka z Wall Street”, zabieram się za „Pokolenie…”, więc możecie się spodziewać, że po tej lekturze wspomnę jeszcze o Kolosach na blogu…

ksiazka

ksiazka2

ksiazka3